KRS One, ty oszuście, dzięki za zmarnowanie młodości.

KRS One, ty oszuście

KRS One, ty oszuście, dzięki za zmarnowanie młodości.

Wiemy, że większość z was ma temat głęboko. I tak trzymać. Ostatnie wynurzenie się tego dinozaura jest, jak się zdaje, świetną okazją, by wreszcie wygarnąć typowi, co nam leżało na wątrobie. Dla tych wszystkich, którzy nie lubią czytać mamy esencję tej wypowiedzi – KRS One, pierdol się. Wszystkich pozostały zapraszamy do sprawdzenia skąd w Igoronco tyle hejtu dla jednego z twórców „kultury hip-hop”.

Przez facebookowe walle przewala się właśnie najnowsza płyta Krisa. Powodem, dla którego tak się dzieje nie jest, oczywiście, sam fakt jej wydania, bo tym raczej mało kto się interesuje, ale udział Polaka w tej produkcji. Młody z Heavy Mental wyprodukował ponad połowę bitów na “The World is MIND” i trzeba przyznać, że propsów, które na niego spływają nie zawdzięcza li tylko udziałowi w tym przedsięwzięciu. To są naprawdę dobre bity. W ogóle płytka, jak na Krzysia, jest niczego sobie. Koło świeżego towaru nie stała nawet przez chwilę, jednak posłuchać można – uszy wam nie zwiędną i nie zapadniecie się pod ziemię. No, może poza momentem, w którym Teacha uśmierca AD-Rocka (myląc go z innym członkiem Beastie Boys, zmarłym 5 lat temu na raka Adamem Yauchem aka MCA). Ale ta premiera jest przede wszystkim świetną okazją do pewnego podsumowania. Zwłaszcza w świetle pozy jaką przyjął ostatnio.

Nigdy mu nie daruję tych wszystkich pierdół, których naopowiadał nam przez lata swojej społecznej działalności, której nieznacznym elementem była rap kariera.

Przyznam, że nigdy nie byłem wielkim fanem. Oczywiście, znałem i słyszałem niejeden jego hit, ale z rapem zaznajamiałem się w czasie, w którym o KRS-ie było głośno raczej z uwagi na głoszone przez niego farmazony. Fakt, słuchało się tego z wypiekami na twarzy i niemałą ekscytacją. “Wow. Ależ to głębokie! Kultura taka, naprawdę. Cztery elementy, wszystkie ważne. Krzyś taki dobry, załatwia hip-hopowi miejsce w ONZ”. Piękne słowa Lawrence’a Parkera świetnie nadawały się do pokazania rodzicom, którzy dzięki temu mieli zrozumieć, że zajawka ich dzieci to coś więcej, niż tylko jaranie blantów i stanie z browarem pod klatką. I ja nie omieszkałem. “O, proszę, na liście UNESCO jest. A jak jeszcze nie jest to zaraz będzie”. Tak przeczytałem kiedyś w Klanie. Nie mam pojęcia, czy ostatecznie udało się jemu dopiąć swego i kultura rodem z Bronxu trafiła na listę dziedzictwa tej szacownej organizacji. I nie mam zamiaru sprawdzać. Bo też, tak naprawdę – co to zmienia?

W internetach można znaleźć tekst z 2004 r. o wiele mówiącym tytule  “KRS One is fucking stupid”, którego autor, nie przebierając w słowach, podziękował Krisowi za zmarnowane dzieciństwo. “Shit like 9 years ago, or when ever it fucking was I enrolled in krsone’s bullshit hip hop temple and a year later you know what the fuck the I got? A fucking Xeroxed picture of his face saying „hiphop lives in you.” Czy można liczyć na lepszą puentę dla gadaniny Parkera i wszystkich bzdur jego?

W infantylności Krzysia nie byłoby nic złego, gdyby nie to, że rozlała się ona cały świat i stała się wręcz cnotą, decydując poniekąd o pierdołowatości całego pokolenia. A także, paradoksalnie, ujęła hip-hopowi treści. Naprawdę, w czasach w których Public Enemy raz za razem uderzali w system swoimi zbuntowanymi songami, Tupac tworzył poematy zaangażowane społecznie, Rakim sięgał spraw mistycznych, a Q-Tip zaproponował zupełnie nowy sposób wypowiedzi – tytuł “Teacha” przypadł facetowi, który cały czas pieprzy coś o czterech elementach, szacunku dla korzeni, a także o tym, że nie trzeba być w gangu i można robić dobre rzeczy… i znów o czterech elementach, szacunku dla korzeni…

Jeśli KRS One rzeczywiście zasłużył sobie na miano nauczyciela, to, proszę wybaczyć dosadność, chyba w specjalnej szkole, albo – o to będzie mniej kontrowersyjne i chyba bardziej celne – w nauczaniu przedszkolnym. Typowi udała się kiedyś jedna formuła, uczepił więc się jej i odtąd jedzie na tym patencie, robiąc przy tym wielkie halo. Lata mijają, przedszkolaki pokonują kolejne stopnie edukacji – od maluchów do starszaków, idą do szkoły, potem następnej, uczą się nowych rzeczy, ale pocieszny stary pierdziel nie daje za wygraną i wciąż nawraca o tym samym: “A pamiętacie, zbudowaliśmy taki ładny dom z klocków? To co, poukładamy?” Nie do pominięcia wydaje się fakt, że są to klocki, którymi sam kiedyś się bawił z kolegami. A także to, że cztery klocki robią za cały zestaw. Dlaczego cztery i dlaczego akurat te? Bo Krzysiowi z ekipą najlepiej się nimi bawiło. Nie zadawajcie pytań, okażcie szacunek.

W upamiętnianiu swoich dokonań lub dokonań ludzi, których się obserwowało z bliska; w próbie oddania atmosfery tamtych lat – nie ma nic złego. Ba, jest to nawet szlachetne i słuszne, ale tylko do pewnego stopnia. We wszystkim trzeba znać umiar. Choć to nie KRS One wymyślił tę całą czteroelementową nadbudowę hip-hopu, to na pewno on jest odpowiedzialny za przydanie jej wszelkich znamion religii. Religii, której stał się najbardziej fanatycznym wyznawcą.

W hip-hopie w wydaniu krs-owym mamy dogmaty, ziemię świętą, mitologię, kult i rytuały. Podobnie jak w innych religiach – liczy się głównie zabetonowana struktura. Nie wystarczy być dobrym czy, powiedzmy, robić coś ze swoim życiem. Trzeba wpasować się w obowiązujące normy. Co z tego, że tańczysz, dajmy na to: modern jazz, czy inny… hip-hop – dopóki nie zaczniesz się kręcić na głowie, nie należysz do naszego kościoła. I uważaj jak coś ci się pomyli. Będzie beka, jak wtedy, gdy kilka lat temu mój znajomy zrobił sondę na ulicach Poznania, w której pytał ludzi w czapeczkach o cztery elementy, czym jest hip-hop i wiecie, te sprawy. Śmiechom nie było końca, bo ludzie nie wiedzieli co za elementy i mylili rap z hip-hopem. Widać nie nazbyt uważnie słuchali wykładów KRS One’a.

Bez wątpienia, to co wtedy wydarzyło się na Bronksie, a potem rozlało po całym świecie – było czymś wielkim i zasługuje na szacunek. Nie zgodzę się z anonimowym mędrcem z sieci, który tak pięknie w 2004 r. pocisnął Lawrence’owi Parkerowi. Hip-hop to nie tylko atmosfera. Może nie aż cała kultura, bo rzeczywiście, nie ma hip-hopowego jedzenia, a ubiór – co potwierdziło się po latach – jest sprawą sezonową; ale też nie sposób go ograniczyć do samego wyłącznie vibe’u. Bez wątpienia jest w hip-hopie przynajmniej jeden element kulturotwórczy. Tylko jeden, za to bardzo ważny. Reszta to tylko jego przejawy. Chodzi o coś trudno uchwytnego, ale można spróbować to opisać przy pomocy kilku pojęć, takich jak: samowystarczalność, kreatywność w działaniu, świadomość swojej roli, czy zniesienie bariery pomiędzy twórcą, a odbiorcą. To jest właśnie hip-hop, takie jest jego dziedzictwo. A nie to, że jeden gang otagował tę dzielnię, a inny tamtą. A mylenie rzeczywistych zjawisk z ich przejawami, to rzecz normalna dla religijnych fanatyków. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że przez skupienie się na czystej formie i przykładaniu zbyt dużej wagi do tak naprawdę mało istotnych rytuałów coś nam umknęło. Może nie każdemu z osobna – bez przesady, takiego aż wpływu KRS One na nas nie miał – ale całej formacji kulturowej, czy subkulturowej; zwał, jak zwał. To dotknęło właściwie całego pokolenia. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, ale warto zauważyć, że coś jest na rzeczy – mogliśmy być czymś więcej.

Dziś KRS One mówi, że nie zamierza zarabiać w Stanach, bo tamtejszy rynek nie okazuje szacunku raperom. Nie zamierzam się z nim kłócić, w końcu to on jest jego częścią i w pewien sposób go ukształtował. Po prostu cieszę się, że żyjemy w erze takich bezideowych, niemających nic do powiedzenia, nieszanujących break dance’u raperów, jak Kendrick, czy J. Cole.


 

Szymon Woźniak
wozniak.szymon@gmail.com
No Comments

Post A Comment