Elektroniczny Poznań: Miasto techno

Trudno połapać się w tym co dzieje się w muzyce, bez uprzedniego zawężenia obszaru zainteresowania. Najłatwiej, zdawałoby się, rozeznawać się w jednym gatunku, jednak mnogość propozycji w ramach każdego z nich sprawia, że żeby faktycznie ogarnąć, trzeba byłoby się temu poświęcić bez reszty. A mało kto dziś ogranicza się do jednego gatunku. W naszym przeglądzie przyjęliśmy więc kryterium terytorialne. Sprawdźmy więc jak się ma scena producencka w Poznaniu.

I poprawcie nas, jeśli kogoś pominęliśmy. Prawdę powiedziawszy, poniekąd na to liczymy. Chętnie napiszemy o kimś dotąd nam nieznanym.

Tytuł polskiej stolicy muzyki elektronicznej przypadł Poznaniowi nie bez kozery – przed laty odbywały się tu pierwsze w kraju, wielkie i regulrne imprezy techno; to tutaj rozhulał się house, zagrzmiał dubstep, który wygasając rozpoczął kilka kolejnych opowieści, o jeszcze innych gatunkach. Gród Przemysła jest także miastem rapu, choć bardzo w tym względzie osobliwym. Niegdyś silny underground bardzo szybko przebił się do szeroko pojętego mainstreamu, jednak dziś powiedzieć, że w poznańskim hip-hopowym podziemiu dzieje się niewiele, to nic nie powiedzieć. Z jednej strony mamy więc osoby i ruchy działające na wielką skalę, z drugiej strony rozparcelowane cichociemne półprywatne bicie głową w mur, albo robienie do szuflady. I taka właśnie charakterystyka rzutuje na cały szołbiz miasta doznań.

Ponoć zawsze kończy się na techno, ale w tej akurat historii od techno wszystko się zaczęło, nasza podróż po elektronicznym Poznaniu nie mogłaby więc mieć innej inauguracji, niż soczyste, minimalowe plumkanie, raz po raz przeistaczające się w soczysty łomot. Jeśli właśnie pojawiła się w waszych głowach wizja białych rękawiczek i gwizdków to porzućcie ją. Poznański ruch techno nie ma wiele wspólnego z blichtrem niedalekich, legendarnych Manieczek, w których pręży muskuły klasa robotnicza (tę rolę dziś przejął Stary Rynek), poznański ruch techno to raczej dorywcza robota w byle burgerowni, albo w innej szatni; bochema artystyczna… albo po prostu bochema. A oprócz niej całe mnóstwo osób, które stykają się z tym światem kiedy chcą, w swoich poukładanych życiach, przypominając sobie dawne czasy.

Fani muzyki na cztery pamiętający pierwszą falę techno z końca XX w. i początku XXI w mają dzisiaj wiele okazji do “odświeżenia swojej pasji”. To właśnie techno rozbrzmiewa dzisiaj najczęściej w poznańskich klubach z muzyką alternatywną. Jednak wśród didżejów grających ten gatunek, sprawujących w nich rząd dusz, niewielu może się poszczycić własnymi produkcjami, a ci, którzy mogliby, tego nie robią, tłumacząc się zwykle czymś pomiędzy “mam wyjebane”, a “wiara ma wyjebane”. Swoją drogą poznańskiej publiki naprawdę nie interesuje za bardzo czy gość od puszczania muzyki, wziął ze sobą swoje nagrania. Kilku twórców, jak  chociażby kolektyw Redroom, dało się poznać jako zręczni producenci, ale od lat nie mają w zwyczaju aktualizować soundclouda nowymi kawałkami

Mamy na ziemi poznańskiej jednak kilka rodzynków, którzy co jakiś czas podzielą się efektami pracy w ich prywatnym laboratorium techno. Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje Krypt, który.zarówno publikuje kawałki w zagramanicznych labelach, jak i uracza klubowiczów live-actami. Każdy jego set to nowa porcja unikalnych mrocznych brzmień. Tą drogą, ale jednak w mniej systemowy sposób podąża duet PLEBS, w którym siły połączyli Kuba Jeske i Wojtek Wency Wencławek, ostatnimi czasy sporo występujący, a mniej dokładający swoich do ogółu techno. Urzedujący w tym samym klubie Stanisław Kryszewski, również może poszczycić się podobnymi osiągnięciami w kwestii grania na żywo i publikowania i jest tak samo nieregularny.

Skoro jesteśmy przy live-actach, swoistą legendą w poznańskim światku obrósł występ niejakiego Jasia Jęchorka, który z analogową aparaturą obchodzi się jak z gameboyem i balansując pomiędzy klimatami, wciąż podkręcając tempo tworzy na żywy swoje nieprawdopodobne konstrukcje, a parkiet szaleje.

W Poznaniu, nawet w najchudszych jeśli chodzi o techno latach, parkiet jest miejscem obdarzanym szczególnym pietyzmem. Didżeje często są tutaj przodownikami melanżu i jego najbardziej zajadłymi konsumentami. Koło się domyka i toczy się dalej. Wszystko się kręci, jakoś, bo jakoś, ale do przodu. Poznańskiemu tyglowi techno wiele można zarzucić, ale na pewno nie brak tu kultury didżejskiej. Tego samego o Poznaniakach nie sposób jednak powiedzieć odnośnie szacunku do procesu twórczego w muzyce. Znikoma ilość wyświetleń względem ludzi na parkiecie nieszczególnie motywuje do przedsięwzięć wydawniczych. Pewnie dlatego pomiędzy ostatnią aktywnością, a zrywem sprzed dwóch miesięcy na soundcloudowym koncie Toma Palasha jest są dwa lata przerwy. Za to od razu dostajemy pokaźną dawkę kosmicznych dźwięków, kilka luźnych propozycji i cały niewydany album w jednym miksie. Wiadomo, miks musi być. Jako się rzekło – kultura didżejska.

I chyba w tym jest klucz do zrozumienia technoporności poznaniaków. Zbyt wysoko postawili sobie poprzeczkę, by teraz dzielić się z gawiedzią owocami swoich niezawsze pewnych prób. Jednak, czy przez ten swój perfekcjonizm i wyśrubowane przez wymagającą publikę standardy wiele nie tracimy? Że czasem warto zacząć od małych rzeczy, by dojść do grubaśnych pokazują przykłady An On Bast i Mooryca, którzy dalece wyszli nie tylko poza graniczony terytorialnie zasięg, ale także ramy gatunku. No, tak, to już nietechno, choć do techno podobne. W techno chodzi o coś innego. Choć pewnie sami Poznaniacy nie wiedzą do końca o co, to bez wątpienia to czują.

No Comments

Post A Comment